Czy punk rock może być romantyczny? Po obejrzeniu filmu Jacka Borcucha pt. "Wszystko, co kocham", opisującego parę miesięcy z życia młodych punk -rockowców w okresie stanu wojennego, muszę odpowiedzieć, że może - dla każdego, kto nie jest osiemdziesięcioletnim (mentalnie, nie metrykalnie!) byłym prenumeratorem Trybuny i pozwoli się uwieść młodzieńczej pasji bohaterów filmu. Zachęcam więc do wizyty w kinie, zwłaszcza, że istnieją silne podstawy, by przypuszczać, że jest to jedyny polski film, w tej chwili obecny na ekranach kin, który nie powoduje utraty punktów IQ. Przy okazji jest to pierwszy polski film, który zakwalifikował się do konkursu na festiwalu w Sundance. Nagrody nie dostał, ale sama nominacja jest już zupełnie przyzwoitym
wyróżnieniem.
Nie twierdzę, że jest to film, nad którym bezwzględnie należy rozpłynąć się w zachwycie, ale pieniądze wydane na bilet do kina na pewno nie będą stracone. Pierwsze, co mnie w filmie urzekło, to zdjęcia i krajobraz zalanego słońcem Helu. To, że filmowy Hel, w zestawieniu z moim wspomnieniem ze spaceru po tej mieścinie, jawi się jako istna metropolia, nie jest ważne. Podobnie jak nieistotne jest to, że bohaterowie są jakby lepiej ubrani niż moi rodzice czy rodzeństwo na starych zdjęciach. Brak aptekarskiej dokładności w odtwarzaniu realiów nie umniejsza w żaden sposób wartości filmu ani przyjemności z oglądania. Pewna umowność może być nawet atutem obrazu - niewykluczone, że młodszym widzom będzie łatwiej identyfikować się z postaciami, które wyglądają niemal tak samo, jak oni (moda powraca!), natomiast starszym, którzy doszukają się w przedstawionej historii odbicia własnych młodzieńczych lat, na pewno milej będzie oglądać je w technikolorze, nawet jeśli w rzeczywistości mieniły się one raczej odcieniami szarości wzbogaconej tu i ówdzie burym akcentem. Poza tym protagonista, czyli siedemnastoletni Janek - nawet w "zbyt ładnym ubraniu" - i tak wygląda, jakby ktoś żywcem wyciął ze starego zdjęcia czy z filmu dokumentalnego o Jarocinie.
Obrana estetyka pomaga też uciec od utartych schematów. Nie ma tu smutnych, szarych inteligentów snujących się w szarych swetrach szarymi ulicami szarego miasta, zrozpaczonych intelektualistów,
których treścią życia jest to, że chodzą i knują. Nie ma prześmiewczego eksponowania największych absurdów życia codziennego w PRL - to znak rozpoznawczy Barei i tak powinno pozostać, naśladownictwo w reklamach, wystroju klubów czy nowszych produkcjach filmowych grozi nadmierną mitologizacją tego okresu i zbudowaniem w świadomości społecznej obrazu ustroju, który zasługuje co najwyżej na pobłażliwe szyderstwo, a nie ostrą krytykę.
A u Borcucha krytyczny jest nawet wojskowy, trybik w systemie, ojciec głównego bohatera. Spodobał mi się chwyt fabularny (a może wątek autobiograficzny?), polegający na ustawieniu rodziców Janka niejako po dwóch stronach barykady - on służy Polsce Ludowej, ona jest zapisana do Solidarności. Piszę "niejako", bo to jednak nie jest brazylijska telenowela, nie jest tak, że ich poglądy sytuują się idealnie na przeciwnych biegunach. Ojciec Janka mimo wszystko nie jest partyjnym betonem, po prostu przystosowuje się do zaistniałych warunków na swój sposób... Jego niejednoznaczna i, jak dla mnie, chwilami zaskakująca postawa to kolejny mocny punkt filmu, szczególnie, że w interesująco wykreowaną postać wcielił się Andrzej Chyra.
Najbardziej w obsadzie cieszą jednak młodzi, niezbyt znani aktorzy, którzy - nawet jeśli nie posiadają warsztatu Andrzeja Chyry - z dużym wdziękiem i niewymuszoną naturalnością wcielają się w role młodych muzyków idących pod prąd obowiązującej doktrynie politycznej. To właściwie oni dźwigają cały film, bo przecież wokół nich kręci się akcja. To właśnie desperackie próby tchnięcia w szarzyznę PRLu odrobiny koloru przez grupę buńczucznych podrostków stanowią o wartości tego filmu. Dla mnie to tak naprawdę nie jest historia świadomego buntu, z poczuciem misji dziejowej, przeciwko patologicznemu systemowi, ale ukazanie walki o prawo do tej właśnie odrobiny koloru, do własnej indywidualności i do możliwości odprowadzenia dziewczyny z kina po 22:00. Najlepiej ilustruje to scena widoczna na zwiastunie: widzimy żołnierzy maszerujących równym krokiem z jednostki, którzy po chwili stają się tłem dla kroczącej w przeciwną stronę grupy chudych chłopaczków z ekscentrycznymi fryzurami i instrumentami muzycznymi na plecach.
Punk rock jest nie tylko romantyczny, jest wręcz sentymentalny.