Radio RAM mianowało ostatnio Krystiana Lupę najlepszym polskim reżyserem, zapowiadając przy okazji wznowienie Kuszenia cichej Weroniki w Teatrze Polskim. Dziennik natomiast ogłosił, że Lupa skończył się na Kill 'em all. Znaczy, przepraszam, na Factory 2, a jeszcze dokładniej rzecz ujmując – tuż przed Factory 2. Z lubością stwierdzam, że wrażliwość artystyczna (a może horyzont ideologiczny?) redaktorów obydwu wyżej wymienionych podmiotów żadną miarą nie może być uznana za kompatybilną z wrażliwością niżej podpisanej. (Z lubością, bo jak każdy samozwańczy pseudointelektualista, skrycie marzę o tym, by zawsze iść pod prąd i aby mi zawsze wiatr w oczy...)
Pozwalam sobie więc protestować wobec twierdzenia, że Factory 2 to koniec Lupy. Chyba, że po kryjomu, w kulisach zdążył się zestarzeć w trakcie spektaklu tak bardzo, jak część widowni podczas tego zaledwie ośmiogodzinnego przedstawienia (wliczając w to godzinną przerwę, przetrawioną na głębokich rozmyślaniach nad wdziękiem Piotra Polaka). Na upartego, fabułę przedstawienia można właściwie zamknąć w dwóch słowach, wypowiedzianych w trakcie rzeczonej przerwy przez jedngo z Szanownych Współoglądaczy.
Ruja i porubstwo!
Oczywiście, byłaby to plugawa trywializacja, gdyby wygłosić te słowa bez odpowiedniego dystansu, ze stuprocentową powagą i pianą na ustach utoczoną ze zgorszenia mocno liberalnym stylem życia bohaterów, ale w gruncie rzeczy to lakoniczne podsumowanie akcji scenicznej zupełnie trafnie oddaje stan duszy (i ciała) bywalców Fabryki. Czyli jestem za, a nawet przeciw.
Nie będę dociekać, czemu redaktorowi Dziennika się nie podobało, pozwalam sobie jednak wysunąć przypuszczenie, że problem z odbiorem tego spektaklu może wynikać, po pierwsze: ze ślepego i bezkrytycznego uwielbienia twórczości Warhola, po drugie: z szoku wywołanego kontrowersyjnymi fajerwerkami wizualnymi – o ile nagość na scenie jeszcze kogoś bulwersuje… Tak sobie jednak rzecz tłumaczę, gdyż odnoszę wrażenie, że ów szok tak otępił wrażliwość niektórych widzów, że nie byli w stanie spojrzeć pod ich powierzchnię. Projekcja płycizny intelektualnej bohaterów na umysłowość twórców spektaklu (przede wszystkim Lupy) jest dalece posuniętą niesprawiedliwością.
Ja też nie lubię w teatrze tandetnego epatowania: seksem, przemocą, rynsztokowym słownictwem… Konserwatyzm? Nie. Nie lubię być bombardowana środkami artystycznymi obliczonymi wyłącznie na szokowanie i kontrowersję przez duże K. W Factory 2 tak nie jest. Zastosowane środki mają swoje uzasadnienie i dodają mocy przesłaniu sztuki. Okazuje się, że – paradoksalnie – zupełnie wystarczającym uzasadnieniem dla nagości może być nawet deklaracja jednej z postaci, iż nagość ta nie ma najmniejszego sensu. I na poziomie uniwersum Factory 2 rzeczywiście nie ma sensu, ale myśl zawarta w podtekście tych działań jest Lupie nieodzowna do wysnucia swojej wersji opowieści o Andym. Opowieści, którą warto poznać.
Lukrowaną, pełną niedopowiedzeń wersję historii Fabryki i jej bywalców znamy już ze szkoły, z lekcji plastyki czy, zgodnie z dzisiejszą nomenklaturą, wiedzy o kulturze. Albo z mediów, głównie dedykowanych kulturze masowej. Powtórka jest zbędna. Za to krytyczne spojrzenie na hołubiony przez wielu pop-art i jego twórcę, w atrakcyjnej, oddziałującej na wiele zmysłów formie, jest ożywcze i potrzebne. Zdrowa przeciwwaga dla zwiększającej się liczby chudzielców w pasiastych koszulkach i spodniach–rurkach na ulicach… Bo Lupa opiewany nurt miesza z błotem, nie zostawiając na nim suchej nitki, a potem przepuszcza przez wyżymaczkę. Jeden rzut oka na mimozowatego (pozornie) Warhola w pierwszych minutach spektaklu wystarcza, by podejrzewać, że nie zobaczymy na scenie laurki. Podejrzenia szybko zostają potwierdzone przydługą projekcją wątpliwego arcydzieła filmowego produkcji Andy & Co. oraz następującą po niej falą zachwytów bohaterów, okraszoną taką wydumaną i pretensjonalną nadbudową ideologiczną, że u widowni wywołuje salwy śmiechu.
Do wyznawców Warhola nie należę, więc dla mnie najbardziej druzgocący w takim podejściu do tematu był wyłaniający się z działań scenicznych wizerunek Nico, którą większość zna jako wokalistkę kultowego The Velvet Underground. Jest wprawdzie bardziej powściągliwa, małomówna i spokojna niż pozostali bohaterowie, ale mimo to, i jej umysłowość i wrażliwość zostają w pewnym momencie sprowadzone do parteru, podczas tak zwanych screen testów oraz później, podczas monologu skierowanego do intrygującego przybysza z Tybetu, w którym wylewa wreszcie na niego i na widzów swoją frustrację. Nie pomaga również to, że swoje kwestie wypowiada wysokim głosem Katarzyny Warnke, mocno kontrastującym z głębokim kontraltem autentycznej Nico.
A skoro już przy screen testach jesteśmy, nie sposób nie docenić Lupy za to, jak miażdży sztukę Warhola, zarazem podążając jego ścieżkami. Tak, jak Warhol korzystał z elementów popkultury, by tworzyć sztukę w gruncie rzeczy przeznaczoną dla wybrańców, a nie dla mas (jak plebejska by nam się nie wydawała zupa Campbella, trzeba mieć w sobie odrobinę mniej lub bardziej szlachetnego snobizmu, by powiesić jej wizerunek w swoim salonie), Lupa czerpie z tandety wylewającej się z ekranu telewizora po to, by tworzyć sztukę dla wąskiej niszy odbiorców. Prawdziwy screen test u Warhola polegał na filmowaniu przez kilka minut twarzy danej osoby, natomiast screen test w wersji Lupy natychmiast budzi skojarzenia z pogadankami z Wielkim Bratem w pierwszym sprowadzonym do Polski głośnym reality show. Otwartą kwestią jest też wygląd Andrei, która każdemu, kto ma odrobinę styczności z kulturą masową, zdaje się wystylizowana na… Jolę Rutowicz (chyba, że to zwykła pomyłka i zamiast Andrei miała być w spektaklu Baby Jane Holzer). Zamierzone czy nie, takie skojarzenia jeszcze bardziej podkreślają krytyczną w stosunku do sztuki lat 60. wymowę spektaklu.
Zamiast Nico (która chyba budzi najwięcej pozytywnych skojarzeń spośród bywalców Fabryki, abstrahując od spektaklu), na tle całej tej bylejakości pozytywnie wyróżnia się Edie. Kreacja aktorska Sandry Korzeniak nadaje jej osobowości głębi. Histeria niedoszłej gwiazdy i ćpunki wymieszana z gorzkim dystansem do świata, siebie i działalności Andy’ego i całej jego świty sprawia, że postać wydaje się wręcz bardziej subtelna i zniuansowana niż obraz, który wyłania się z notatek biograficznych o Edie, które raczej snują obraz żądnej sławy narkomanki i beztalencia.
Oprócz Sandry, na aplauz zasługuje również większa część obsady: Piotr Skiba (Andy Warhol) za świetnie dopracowaną kreację, która wydaje się autentyczna, pomimo pewnych przerysowań (a może właśnie dzięki nim?), Iwona Bielska (Brigid Berlin) za niesamowity monolog o maniakalnym sprzątaniu, kontynuowany nawet w czasie przerwy, Piotr Polak (Eric) za przeciągnięty chyba do godziny screen test wzbogacony monologiem a’la strumień świadomości i za nagość bez popadania w wulgarność, Małgorzata Hajewska–Krzysztofik (Viva) za subtelne rozegranie interakcji z Andym, Urszula Kiebzak (Ultra) za to, że widz wierzy w to, że z przekonaniem wygłasza litanię pretensjonalnych bredni, Zbigniew Kaleta (Paul) za to, jak szczerze wypada w scenach z Sandrą, Adam Nawojczyk (Ondine) za brawurowy, pełen wściekłości monolog, Krzysztof Zawadzki (Malanga, Candy Darling), Bogdan Brzyski (Freddie), Iwona Budner (Holly), Joanna Drozda (Mary Woronov z fantastycznym głosem), Małgorzata Zawadzka (International Velvet) i Marta Ojrzyńska (Andrea) – za borykanie się z trudną sztuką improwizacji na scenie.
Co do twórczości Warhola – możemy długo dyskutować, czy i jaką wartość ma jego sztuka. Co do Lupy i jego najnowszego dzieła – obstaję przy twierdzeniu, że jednak ma i to nawet niebagatelną na tle tego, co aktualnie dzieje się w światku twórców i odbiorców teatru.
- I co? I co? Było katharsis?
- Było, pani ładna. Było.