wtorek, 23 lutego 2010

Brudne pancury idą na manifę!

Czy punk rock może być romantyczny? Po obejrzeniu filmu Jacka Borcucha pt. "Wszystko, co kocham", opisującego parę miesięcy z życia młodych punk -rockowców w okresie stanu wojennego, muszę odpowiedzieć, że może - dla każdego, kto nie jest osiemdziesięcioletnim (mentalnie, nie metrykalnie!) byłym prenumeratorem Trybuny i pozwoli się uwieść młodzieńczej pasji bohaterów filmu. Zachęcam więc do wizyty w kinie, zwłaszcza, że istnieją silne podstawy, by przypuszczać, że jest to jedyny polski film, w tej chwili obecny na ekranach kin, który nie powoduje utraty punktów IQ. Przy okazji jest to pierwszy polski film, który zakwalifikował się do konkursu na festiwalu w Sundance. Nagrody nie dostał, ale sama nominacja jest już zupełnie przyzwoitym
wyróżnieniem.

Nie twierdzę, że jest to film, nad którym bezwzględnie należy rozpłynąć się w zachwycie, ale pieniądze wydane na bilet do kina na pewno nie będą stracone. Pierwsze, co mnie w filmie urzekło, to zdjęcia i krajobraz zalanego słońcem Helu. To, że filmowy Hel, w zestawieniu z moim wspomnieniem ze spaceru po tej mieścinie, jawi się jako istna metropolia, nie jest ważne. Podobnie jak nieistotne jest to, że bohaterowie są jakby lepiej ubrani niż moi rodzice czy rodzeństwo na starych zdjęciach. Brak aptekarskiej dokładności w odtwarzaniu realiów nie umniejsza w żaden sposób wartości filmu ani przyjemności z oglądania. Pewna umowność może być nawet atutem obrazu - niewykluczone, że młodszym widzom będzie łatwiej identyfikować się z postaciami, które wyglądają niemal tak samo, jak oni (moda powraca!), natomiast starszym, którzy doszukają się w przedstawionej historii odbicia własnych młodzieńczych lat, na pewno milej będzie oglądać je w technikolorze, nawet jeśli w rzeczywistości mieniły się one raczej odcieniami szarości wzbogaconej tu i ówdzie burym akcentem. Poza tym protagonista, czyli siedemnastoletni Janek - nawet w "zbyt ładnym ubraniu" - i tak wygląda, jakby ktoś żywcem wyciął ze starego zdjęcia czy z filmu dokumentalnego o Jarocinie.

Obrana estetyka pomaga też uciec od utartych schematów. Nie ma tu smutnych, szarych inteligentów snujących się w szarych swetrach szarymi ulicami szarego miasta, zrozpaczonych intelektualistów,
których treścią życia jest to, że chodzą i knują. Nie ma prześmiewczego eksponowania największych absurdów życia codziennego w PRL - to znak rozpoznawczy Barei i tak powinno pozostać, naśladownictwo w reklamach, wystroju klubów czy nowszych produkcjach filmowych grozi nadmierną mitologizacją tego okresu i zbudowaniem w świadomości społecznej obrazu ustroju, który zasługuje co najwyżej na pobłażliwe szyderstwo, a nie ostrą krytykę.

A u Borcucha krytyczny jest nawet wojskowy, trybik w systemie, ojciec głównego bohatera. Spodobał mi się chwyt fabularny (a może wątek autobiograficzny?), polegający na ustawieniu rodziców Janka niejako po dwóch stronach barykady - on służy Polsce Ludowej, ona jest zapisana do Solidarności. Piszę "niejako", bo to jednak nie jest brazylijska telenowela, nie jest tak, że ich poglądy sytuują się idealnie na przeciwnych biegunach. Ojciec Janka mimo wszystko nie jest partyjnym betonem, po prostu przystosowuje się do zaistniałych warunków na swój sposób... Jego niejednoznaczna i, jak dla mnie, chwilami zaskakująca postawa to kolejny mocny punkt filmu, szczególnie, że w interesująco wykreowaną postać wcielił się Andrzej Chyra.

Najbardziej w obsadzie cieszą jednak młodzi, niezbyt znani aktorzy, którzy - nawet jeśli nie posiadają warsztatu Andrzeja Chyry - z dużym wdziękiem i niewymuszoną naturalnością wcielają się w role młodych muzyków idących pod prąd obowiązującej doktrynie politycznej. To właściwie oni dźwigają cały film, bo przecież wokół nich kręci się akcja. To właśnie desperackie próby tchnięcia w szarzyznę PRLu odrobiny koloru przez grupę buńczucznych podrostków stanowią o wartości tego filmu. Dla mnie to tak naprawdę nie jest historia świadomego buntu, z poczuciem misji dziejowej, przeciwko patologicznemu systemowi, ale ukazanie walki o prawo do tej właśnie odrobiny koloru, do własnej indywidualności i do możliwości odprowadzenia dziewczyny z kina po 22:00. Najlepiej ilustruje to scena widoczna na zwiastunie: widzimy żołnierzy maszerujących równym krokiem z jednostki, którzy po chwili stają się tłem dla kroczącej w przeciwną stronę grupy chudych chłopaczków z ekscentrycznymi fryzurami i instrumentami muzycznymi na plecach.

Punk rock jest nie tylko romantyczny, jest wręcz sentymentalny.

niedziela, 25 października 2009

Ruja i porubstwo! (Factory 2)

Radio RAM mianowało ostatnio Krystiana Lupę najlepszym polskim reżyserem, zapowiadając przy okazji wznowienie Kuszenia cichej Weroniki w Teatrze Polskim. Dziennik natomiast ogłosił, że Lupa skończył się na Kill 'em all. Znaczy, przepraszam, na Factory 2, a jeszcze dokładniej rzecz ujmując – tuż przed Factory 2. Z lubością stwierdzam, że wrażliwość artystyczna (a może horyzont ideologiczny?) redaktorów obydwu wyżej wymienionych podmiotów żadną miarą nie może być uznana za kompatybilną z wrażliwością niżej podpisanej. (Z lubością, bo jak każdy samozwańczy pseudointelektualista, skrycie marzę o tym, by zawsze iść pod prąd i aby mi zawsze wiatr w oczy...) 

Pozwalam sobie więc protestować wobec twierdzenia, że Factory 2 to koniec Lupy. Chyba, że po kryjomu, w kulisach zdążył się zestarzeć w trakcie spektaklu tak bardzo, jak część widowni podczas tego zaledwie ośmiogodzinnego przedstawienia (wliczając w to godzinną przerwę, przetrawioną na głębokich rozmyślaniach nad wdziękiem Piotra Polaka). Na upartego, fabułę przedstawienia można właściwie zamknąć w dwóch słowach, wypowiedzianych w trakcie rzeczonej przerwy przez jedngo z Szanownych Współoglądaczy.

Ruja i porubstwo!

Oczywiście, byłaby to plugawa trywializacja, gdyby wygłosić te słowa bez odpowiedniego dystansu, ze stuprocentową powagą i pianą na ustach utoczoną ze zgorszenia mocno liberalnym stylem życia bohaterów, ale w gruncie rzeczy to lakoniczne podsumowanie akcji scenicznej zupełnie trafnie oddaje stan duszy (i ciała) bywalców Fabryki. Czyli jestem za, a nawet przeciw.

Nie będę dociekać, czemu redaktorowi Dziennika się nie podobało, pozwalam sobie jednak wysunąć przypuszczenie, że problem z odbiorem tego spektaklu może wynikać, po pierwsze: ze ślepego i bezkrytycznego uwielbienia twórczości Warhola, po drugie: z szoku wywołanego kontrowersyjnymi fajerwerkami wizualnymi – o ile nagość na scenie jeszcze kogoś bulwersuje… Tak sobie jednak rzecz tłumaczę, gdyż odnoszę wrażenie, że ów szok tak otępił wrażliwość niektórych widzów, że nie byli w stanie spojrzeć pod ich powierzchnię. Projekcja płycizny intelektualnej bohaterów na umysłowość twórców spektaklu (przede wszystkim Lupy) jest dalece posuniętą niesprawiedliwością.

Ja też nie lubię w teatrze tandetnego epatowania: seksem, przemocą, rynsztokowym słownictwem… Konserwatyzm? Nie. Nie lubię być bombardowana środkami artystycznymi obliczonymi wyłącznie na szokowanie i kontrowersję przez duże K. W Factory 2 tak nie jest. Zastosowane środki mają swoje uzasadnienie i dodają mocy przesłaniu sztuki. Okazuje się, że – paradoksalnie – zupełnie wystarczającym uzasadnieniem dla nagości może być nawet deklaracja jednej z postaci, iż nagość ta nie ma najmniejszego sensu. I na poziomie uniwersum Factory 2 rzeczywiście nie ma sensu, ale myśl zawarta w podtekście tych działań jest Lupie nieodzowna do wysnucia swojej wersji opowieści o Andym. Opowieści, którą warto poznać.

Lukrowaną, pełną niedopowiedzeń wersję historii Fabryki i jej bywalców znamy już ze szkoły, z lekcji plastyki czy, zgodnie z dzisiejszą nomenklaturą, wiedzy o kulturze. Albo z mediów, głównie dedykowanych kulturze masowej. Powtórka jest zbędna. Za to krytyczne spojrzenie na hołubiony przez wielu pop-art i jego twórcę, w atrakcyjnej, oddziałującej na wiele zmysłów formie, jest ożywcze i potrzebne. Zdrowa przeciwwaga dla zwiększającej się liczby chudzielców w pasiastych koszulkach i spodniach–rurkach na ulicach… Bo Lupa opiewany nurt miesza z błotem, nie zostawiając na nim suchej nitki, a potem przepuszcza przez wyżymaczkę. Jeden rzut oka na mimozowatego (pozornie) Warhola w pierwszych minutach spektaklu wystarcza, by podejrzewać, że nie zobaczymy na scenie laurki. Podejrzenia szybko zostają potwierdzone przydługą projekcją wątpliwego arcydzieła filmowego produkcji Andy & Co. oraz następującą po niej falą zachwytów bohaterów, okraszoną taką wydumaną i pretensjonalną nadbudową ideologiczną, że u widowni wywołuje salwy śmiechu.

Do wyznawców Warhola nie należę, więc dla mnie najbardziej druzgocący w takim podejściu do tematu był wyłaniający się z działań scenicznych wizerunek Nico, którą większość zna jako wokalistkę kultowego The Velvet Underground. Jest wprawdzie bardziej powściągliwa, małomówna i spokojna niż pozostali bohaterowie, ale mimo to, i jej umysłowość i wrażliwość zostają w pewnym momencie sprowadzone do parteru, podczas tak zwanych screen testów oraz później, podczas monologu skierowanego do intrygującego przybysza z Tybetu, w którym wylewa wreszcie na niego i na widzów swoją frustrację. Nie pomaga również to, że swoje kwestie wypowiada wysokim głosem Katarzyny Warnke, mocno kontrastującym z głębokim kontraltem autentycznej Nico.

A skoro już przy screen testach jesteśmy, nie sposób nie docenić Lupy za to, jak miażdży sztukę Warhola, zarazem podążając jego ścieżkami.  Tak, jak Warhol korzystał z elementów popkultury, by tworzyć sztukę w gruncie rzeczy przeznaczoną dla wybrańców, a nie dla mas (jak plebejska by nam się nie wydawała zupa Campbella, trzeba mieć w sobie odrobinę mniej lub bardziej szlachetnego snobizmu, by powiesić jej wizerunek w swoim salonie), Lupa czerpie z tandety wylewającej się z ekranu telewizora po to, by tworzyć sztukę dla wąskiej niszy odbiorców. Prawdziwy screen test u Warhola polegał na filmowaniu przez kilka minut twarzy danej osoby, natomiast screen test w wersji Lupy natychmiast budzi skojarzenia z pogadankami z Wielkim Bratem w pierwszym sprowadzonym do Polski głośnym reality show. Otwartą kwestią jest też wygląd Andrei, która każdemu, kto ma odrobinę styczności z kulturą masową, zdaje się wystylizowana na… Jolę Rutowicz (chyba, że to zwykła pomyłka i zamiast Andrei miała być w spektaklu Baby Jane Holzer). Zamierzone czy nie, takie skojarzenia jeszcze bardziej podkreślają krytyczną w stosunku do sztuki lat 60. wymowę spektaklu.

Zamiast Nico (która chyba budzi najwięcej pozytywnych skojarzeń spośród bywalców Fabryki, abstrahując od spektaklu), na tle całej tej bylejakości pozytywnie wyróżnia się Edie. Kreacja aktorska Sandry Korzeniak nadaje jej osobowości głębi. Histeria niedoszłej gwiazdy i ćpunki wymieszana z gorzkim dystansem do świata, siebie i działalności Andy’ego i całej jego świty sprawia, że postać wydaje się wręcz bardziej subtelna i zniuansowana niż obraz, który wyłania się z notatek biograficznych o Edie, które raczej snują obraz żądnej sławy narkomanki i beztalencia.

Oprócz Sandry, na aplauz zasługuje również większa część obsady: Piotr Skiba (Andy Warhol) za świetnie dopracowaną kreację, która wydaje się autentyczna, pomimo pewnych przerysowań (a może właśnie dzięki nim?), Iwona Bielska (Brigid Berlin) za niesamowity monolog o maniakalnym sprzątaniu, kontynuowany nawet w czasie przerwy, Piotr Polak (Eric) za przeciągnięty chyba do godziny screen test wzbogacony monologiem a’la strumień świadomości i za nagość bez popadania w wulgarność, Małgorzata Hajewska–Krzysztofik (Viva) za subtelne rozegranie interakcji z Andym, Urszula Kiebzak (Ultra) za to, że widz wierzy w to, że z przekonaniem wygłasza litanię pretensjonalnych bredni, Zbigniew Kaleta (Paul) za to, jak szczerze wypada w scenach z Sandrą, Adam Nawojczyk (Ondine) za brawurowy, pełen wściekłości monolog, Krzysztof Zawadzki (Malanga, Candy Darling), Bogdan Brzyski (Freddie), Iwona Budner (Holly), Joanna Drozda (Mary Woronov z fantastycznym głosem), Małgorzata Zawadzka (International Velvet) i Marta Ojrzyńska (Andrea) – za borykanie się z trudną sztuką improwizacji na scenie.

Co do twórczości Warhola – możemy długo dyskutować, czy i jaką wartość ma jego sztuka. Co do Lupy i jego najnowszego dzieła – obstaję przy twierdzeniu, że jednak ma i to nawet niebagatelną na tle tego, co aktualnie dzieje się w światku twórców i odbiorców teatru.

- I co? I co? Było katharsis?
- Było, pani ładna. Było.

niedziela, 4 października 2009

Próba mikrofonu

Bo na każdym zebraniu jest coś takiego, że ktoś musi zacząć. To może ja zacznę.
Dziękuję.